Chociaż pogoda dziś nie rozpieszczała, a deszcz od rana lał się strumieniami, po odwiezieniu Córy do szkoły postanowiłam na chwilę zajrzeć do lasu. Tym razem kawałek od domu, piękny iglasty las z podłożem porośniętym mchem, idealny wręcz do spaceru. I jak się okazało w zasadzie tylko do spaceru i to niezbyt długiego…
Po kilkunastu minutach byłam przemoczona do suchej nitki, a grzybków nazbierałam tyle co kot napłakał (swoją drogą ciekawe powiedzenie – w solnej chwili sprawdzę jego etymologię i na pewno się Wami podzielę, bo co jak co, ale nasz kot raczej łez nie roni…ani dużo, ani mało). Niemniej kilkanaście podgrzybków wystarczyło na nieduży słoiczek – specjalnie dla Małżonka – razem z ogonkami – takie lubi najbardziej (oglądać, a nie jeść 🙂 fanką marynowanych grzybków w naszym domu jestem w zasadzie tylko ja.
