Ale jaja! Zima w kurniku!

Ale jaja! Zima w kurniku!

Ale jaja! Zima przyszła do nas tej jesieni, ale w kurniku „robota” wre na szczęście pełną parą. Dzisiejszy „utarg” pomimo mrozu i dość niesprzyjających dla kurek warunków, jest jak do tej pory najwyższy. Nie mieliśmy jeszcze siedmiu całych jajek w ciągu dnia, a tu taka niespodzianka. Może to jednak prawda, że przy kogucie kury lepiej się niosą (koguta mamy od czwartku, widać zaczyna działać). Dziś kurki, poza zwykłą paszą, dostały biały serek i resztki warzyw (papryka i rukola). Jedyne czego muszę pilnować bardziej niż do tej pory to woda. W misce, w której ją mają, często zamarza, więc dolewam ciepłej i jakoś sobie radzimy. Jedynie grzebanie, jak widzę, nie sprawa im przyjemności, pewnie łapki marzną 🙁 Oby do wiosny!

Sprzątanie kurnika

Sprzątanie kurnika

Ładna pogoda sprzyja porządkom. Dziś padło na małe sprzątanie w kurniku. Od jakiegoś czasu sporo było wilgoci, więc i w kurniku i w całej wolierze na próżno było szukać czystości i miłego zapachu. Czas to ogarnąć.

Zgrabiliśmy wszystkie niedojedzone resztki z podłoża woliery i wymieniliśmy słomę w kurniku. Usunęłam też stary karton, w którym przyjechała jedna partia kur, a który zostawiłam wcześniej na wszelki wypadek (nie do końca potrafię wytłumaczyć po co, jednak teraz kury zaczęły go dziobać i chyba zjadać, więc zabrałam, żeby od tego kartony się nie pochorowały).

Dziś poza standardową paszą kurki dostały do jedzenia gotowane i roztłuczone ziemniaczki, w planie mam też pozbieranie pokrzywy, bo jeszcze co nieco na działce rośnie, ale muszę poczytać czy i jak trzeba ją przygotować.

Kurki chyba zadowolone, odwdzięczyły się dziś na razie czterema jajeczkami 🙂

Spacer po lesie

Spacer po lesie

Chociaż pogoda dziś nie rozpieszczała, a deszcz od rana lał się strumieniami, po odwiezieniu Córy do szkoły postanowiłam na chwilę zajrzeć do lasu. Tym razem kawałek od domu, piękny iglasty las z podłożem porośniętym mchem, idealny wręcz do spaceru. I jak się okazało w zasadzie tylko do spaceru i to niezbyt długiego… 

Po kilkunastu minutach byłam przemoczona do suchej nitki, a grzybków nazbierałam tyle co kot napłakał (swoją drogą ciekawe powiedzenie – w solnej chwili sprawdzę jego etymologię i na pewno się Wami podzielę, bo co jak co, ale nasz kot raczej łez nie roni…ani dużo, ani mało). Niemniej kilkanaście podgrzybków wystarczyło na nieduży słoiczek – specjalnie dla Małżonka – razem z ogonkami – takie lubi najbardziej (oglądać, a nie jeść 🙂 fanką marynowanych grzybków w naszym domu jestem w zasadzie tylko ja.